Angielski to jeden z najpopularniejszych języków na świecie pod względem osób uczących się. Ponadto, aż 20% populacji na ziemi włada tym językiem, a ponad 52 kraje uwzględniło go jako język urzędowy. Jak wynika z najnowszego raportu Education First EPI, Polska zamyka pierwszą dziesiątkę narodów najlepiej posługujących się angielskim. Globalnie, badanie znajomości języka angielskiego odbywa się w 72 krajach na świecie. Badanie to wykazało, że biegłość w znajomości języka łączy się z poziomem życia, zarobkami i innowacjami.

“Po co mi ten angielski, skoro już mieszkam na Wyspach?” o tym właśnie rozmawiamy z Aleksandrą Fiddler, znaną z “Wiadomości Wirusowych”. Zanim jednak Ola zaczęła być influencerką i zaczęła przemawiać do Polonii – była tłumaczem przysięgłym i nauczycielką języka angielskiego. 

- Reklama -

Olu jak wyglądała twoja przygoda z językiem angielskim? Kiedy zaczęłaś się uczyć języka i… po co ci ten angielski?

Moja przygoda z angielskim rozpoczęła się kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Miałam wtedy 8 lat, było to mniej więcej w połowie lat 80 i wtedy jeszcze nikt nie uczył się angielskiego na taką skalę, na jaką teraz się wszyscy uczą w Polsce. Jako ośmiolatka chodziłam do pani Ani na lekcje i tam rzeczywiście uczyłam się podstawowych rzeczy, a później angielski towarzyszył mi przez całe życie. Mam też taki sekret – uwielbiam śpiewać. Nie umiem śpiewać, ale lubię i śpiewam… Dla mnie angielski był zawsze potrzebny żeby… śpiewać. Śpiewałam po angielsku – najpierw bardzo po swojemu, a później słowa zaczęły nabierać sensu i śpiewałam ze zrozumieniem. I tak gdzieś tam śpiewałam pod nosem, do szczotki, czy do dezodorantu – jak każdy. Właściwie ta moja pasja w pewnym momencie też została przyćmiona – bo, niewiele osób o tym wie, ale pragnęłam być lekarzem. Właściwie całą szkołę podstawową i całe liceum przygotowywałam się do matury z biologii, fizyki i chemii. Moim marzeniem było – właściwie do tej pory jest – żeby być lekarzem. Medycyna jest dla mnie bardzo ciekawa i lubię ją, a angielski był tak przy okazji. I w pewnym momencie, cóż to dużo mówić – nie dostałam się na medycynę. Pomyślałam sobie wtedy, że spróbuję za rok, a w międzyczasie będę studiować angielski. I tak to się właściwie zaczęło – z porażki, z niepowodzenia… poszłam na studia językowe.

No, ale pojawiły się “Wiadomości wirusowe”, więc uciekasz w stronę medycyny. Jakby nie patrzeć tłumaczysz tam dość ważne kwestie i sprawy, które ogłasza rząd brytyjski, a które związane są z pandemią. Cały czas udało ci się powiązać angielski, z tym – co jak mówisz – ci się nie udało.
Tak się akurat zdarzyło, że mimo iż nie byłam lekarzem, a stałam się anglistką – to tak naprawdę wyspecjalizowałam się jako tłumacz medyczny. Wbrew pozorom nie jest to takie proste, bo trzeba mieć ogromną wiedzę medyczną, którą miałam i około-medyczną – z biologii, genetyki… I tak nic nie zaprzepaściłam i przez całą karierę wykorzystywałam wiedzę. I tak samo teraz – naprawdę rozumiem o czym mówię.

Dzisiaj jednak chcemy porozmawiać na temat języka angielskiego i o tym “po co mi ten angielski?”. Bo tak naprawdę – po co? Mieszkamy w Wielkiej Brytanii, sporo informacji jest dostępnych w języku polskim. Wiele firm skierowało swoje usługi pod to grono osób, które słabiej mówią po angielsku… Mamy chociażby taki kanał jak twój – gdzie możemy dowiedzieć się najważniejszych informacji, tego co przekazuje nam BBC czy The Guardian. Więc po co mi ten angielski – skoro mieszkam na Wyspach, a pomoc i obsługa polskojęzycznego tłumacza jest dostępna.

To jest bardzo trudne pytanie i sprawa jest dość skomplikowana. Po pierwsze jednak uważam, że angielski jest zwyczajnie fajny i fajnie jest mówić po angielsku. Fajnie jest rozumieć piosenki, filmy to wszystko co się dookoła nas dzieje – szczególnie gdy jesteśmy anglojęzycznym kraju. Nawet jeśli mieszkamy w domu gdzie są sami Polacy, pracujemy w pracy – gdzie są sami Polacy. Nie da się iść do sklepu i nie mówić po angielsku.

Ale tak naprawdę angielski jest potrzebny po to, żeby zwyczajnie – nie być pomijanym. Żeby uczestniczyć w życiu, włączyć sobie telewizor i usłyszeć to co jest tam mówione… Ale również – im mamy większy poziom języka angielskiego tym mamy większe perspektywy. Możemy wtedy starać się o lepszą pracę, możemy studiować w języku angielskim na najlepszych, światowych uczelniach. Czyli perspektywy pracy i lepszych zarobków z językiem angielskim są niewiarygodne. Ale również pojawia się taki aspekt kulturowy i społeczny – rozmowa z sąsiadem, w pubie, z kimkolwiek… odbywa się przecież w języku angielskim. I to nie tylko z Anglikami – z ludźmi różnych narodowości. Wtedy wspólnym językiem jest angielski.

Uczymy się tego języka jeszcze w szkole – ja tak samo, uczyłem się angielskiego jak uczęszczałem do szkoły podstawowej w Polsce. Natomiast po przyjeździe do Wielkiej Brytanii byłem zaskoczony, że mimo iż uczyłem się te 4 czy 5 lat języka w szkole – tutaj nagle spotkałem się z innym światem. Tak naprawdę to czego nauczyłem się w Polsce nie do końca przekłada się na to co jest tutaj… Więc czy lepiej jest się zacząć uczyć języka w Polsce czy lepiej jest się zacząć uczyć języka po przyjeździe na Wyspy – od tutejszych mieszkańców?

Tak, to jest dość skomplikowana kwestia. I w sumie mogę powiedzieć o takich trzech punktach. Kiedy zacząć? Od dzisiaj. Nie ważne czy uczymy się w Polsce czy w Wielkiej Brytanii – nie ma na co czekać. Im wcześniej tym lepiej… Natomiast problemem z nauczaniem języka angielskiego, a w Polsce szczególnie w szkołach – niestety dość często są nauczyciele. Nie chcę oczywiście tutaj nikogo w żaden sposób obrażać, ale prawda jest taka, że nauczyciele w dużej mierze – szczególnie w mniejszych szkołach czy mniejszych miejscowościach – niestety nie za bardzo sami znają ten język. Sami nie czują pewnych rzeczy, sami nie umieją czegoś poprawnie wymówić… Więc ciężko jest nauczyć się dziecku poprawnej wymowy czy gramatyki.

Druga sprawa jest taka – myślę, że każdy kto przyjechał na Wyspy pomyślał sobie – umiem ten angielski, nawet jak jestem na całkiem niezłym poziomie – ale ja nic tutaj nie rozumiem. Bo wszyscy mówią szybko, nie wiem o co chodzi, nie wiem z czego się śmieją. Ja sama muszę się przyznać i wcale się tego nie wstydzę, że jak przyjechałam do Wielkiej Brytanii to dużo jeździłam samochodem. W samochodzie dużo słuchałam radia angielskiego i szczególnie Radio One BBC. Tam był taki bardzo znany Breakfast Show – prowadził go bardzo znany komik Chris Moyles, który miał całą swoją grupę współpracowników. Oni wszyscy się nieustannie z czegoś śmiali. Opowiadali jakieś historie i wybuchali śmiechem. Pamiętam, że jechałam samochodem i często myślałam – przecież jestem osobą wykształconą, to jest mój zawód – a ja nie wiem, nie rozumiem z czego oni się śmieją. To był taki prawdziwy szok i okazuje się, że jest to całkowicie normalne. Prawdą jest, że trzeba się z tym językiem osłuchać, bo ten angielski brytyjski rzeczywiście inny. Mój tata tak mawiał, że brytyjski angielski jest jak kwadratowe koło. Amerykański angielski tak się toczy jak prawdziwe kółko i ładniej leci – a brytyjski to tak jak kwadratowe koło. Ja osobiście wolę brytyjską odmianę angielskiego, ale rzeczywiście ta wymowa jest specyficzna, a my Polacy mając dostęp do filmów hollywoodzkich czy piosenek z USA jednak znacznie częściej słyszymy amerykański, który być może jest nas łatwiejszy. Amerykański angielski bardziej odzwierciedla to co jest napisane, bo jeżeli ktoś powie car po amerykańsku – to wiemy, jesteśmy w stanie wyobrazić sobie te literki c a r. Ale jeżeli ktoś powie car z brytyjskim akcentem to brzmi to całkowicie inaczej.

Inną sprawą jest to, że jeżeli sami mówimy inaczej – to nie do końca jesteśmy też w stanie zrozumieć co ktoś do nas mówi i czy to, co ktoś do nas mówi jest tym samym co my byśmy powiedzieli. To jest taka rzecz z którą trzeba się osłuchać, okrzepnąć – i jakoś to jest – po kilku tygodniach, miesiącach ten angielski przestaje być tym “jednym ciągłym, długim zdaniem” tylko zaczynamy odróżniać wszystkie wyrazy, które składają się na to zdanie.

Jaka jest twoim zdaniem różnica jeśli chodzi o naukę w Polsce i w Wielkiej Brytanii – chodzi mi tu przede wszystkim o osoby dorosłe. Czy wydaje ci się, że będzie im trochę łatwiej? Bo z jednej strony zawsze gdzieś tam słyszeli język angielski. Czy może wydaje ci się, że będzie im łatwiej się nauczyć języka w Polsce – gdzie jednak mogą też zapytać nauczyciela o coś po polsku, mogą poprosić o wytłumaczenie czegoś po Polsku.

To jest trochę taki Paragraf 22 – bo wydawałoby się, że w Polsce jest łatwiej, bo będę mógł się zapytać o coś mojego nauczyciela po polsku. Wydaje mi się jednak, że łatwiej jest się nauczyć w Wielkiej Brytanii.

Nauka w Polsce i nauka w Wielkiej Brytanii jest tak naprawdę inna. Po pierwsze – jeśli jesteśmy w Polsce i uczymy się języka jako osoba dorosła – na kursach, w szkole wieczorowej, na uczelni wyższej – to właściwie wiemy tylko tyle ile się nauczyliśmy. Nie ma tak naprawdę szansy, żebyśmy nauczyli się więcej niż to co mamy na zajęciach, wiedza na nas nie spłynie – bo i tak otacza nas język polski. Cały czas żyjemy w polskiej rzeczywistości, słuchamy polskiego radia, polskiej telewizji i chodzimy do polskiego sklepu. Uczymy się tylko godzinę czy dwie w tygodniu.

Natomiast będąc w Wielkiej Brytanii ten angielski tak naprawdę nas otacza – na billboardach, na reklamach, w pracy… język nas bombarduje – więc jest nam trochę łatwiej. Z drugiej strony, co już mówiliśmy wcześniej – ten język angielski, którego się uczymy w Polsce jest taki trochę “nad-poprawny”. To takie “ą”, “ę”. Okazuje się, że kiedy przyjeżdżamy tutaj do Anglii i wyrażamy się w sposób bardzo poprawny, co jest takie trochę sztuczne. Wyobraźmy sobie na przykład, że w Polsce wchodzimy do sklepu mięsnego i mówimy “20 gram szynki poproszę”. Gdyby to był obcokrajowiec to powiedziałby “Dzień dobry, czy ja mógłbym poprosić teraz o 20 gram szynki” czyli powiedziałby takie nienaturalne, nad-poprawne zdanie. I tego brakuje w Polsce – nauczyciele sami nie do końca znają ten żywy język, uczą tego co jest w książkach i z tego wychodzą nam takie “nad-poprawne” zdania, które mają niewiele wspólnego z tym jak się mówi w Wielkiej Brytanii.

Ja też zaryzykowałabym taką tezę – że jeżeli my czegoś nie wiemy – nie wiemy co to znaczy, nie wiemy jak to powiedzieć – to też nie jesteśmy w stanie zrozumieć tego, jak ktoś to do nas mówi. Nawet jeżeli czasem rozumiemy każde poszczególne słowo z jakiegoś zdania, to może się zdarzyć, że nie wiemy co to znaczy. Nie wydarzy się jakoś magicznie – że jeśli ktoś to do nas powtórzy kilka razy, albo powtórzy wolniej – to nagle to zrozumiemy. Tutaj jest chyba największe niezrozumienie i trudność – że wydawałoby się, że uczyłam się tyle lat – a nie rozumiem co do mnie mówią. Ale Anglicy na co dzień mówią potocznym językiem, mówią szybko i mówią z różnymi akcentami. W Londynie mówi się zupełnie inaczej, na północy mówi się zupełnie inaczej… Miewamy nawet trzy różne wymowy tego samego słowa, a my w Polsce uczymy się takich wzorcowych słów.

A sprawdzone metody? Metod nauki języka jest mnóstwo – metody Callana, nauka w college’ach, poprzez aplikację duolingo – jakie są najbardziej sprawdzone i funkcjonujące metody nauki angielskiego? I jakie są najlepsze metody nauki języka?

Z tymi metodami nauki języka jest jak z dietami. Zawsze się pojawia jakaś dieta cud, jest popularna i są osoby dla których ona działa… Ale później pojawia się jakaś inna dieta cud i też staje się bardzo popularna. Trochę tak jest z metodami nauki angielskiego. Od stuleci, odkąd zaczęła się metodologia języka angielskiego jako nauka i oddzielna dziedzina wiedzy – były najróżniejsze metody. Kiedyś uczono się języka angielskiego na zasadzie tłumaczenia, co było absolutnie nienaturalne. Nikt nie umiał mówić – może i umiał napisać takie zdanie, ale nie potrafił powiedzieć.

Później pojawiła się inna metoda – takiego powtarzania „jak papuga”. I wtedy wszyscy umieli powtórzyć, ale nie wiedzieli skąd to się bierze i czy to jest rzeczownik czy czasownik… I tak naprawdę już porównując te dwie metody widać, że najlepszy i najbardziej potrzebny jest złoty środek. Teraz od wielu lat króluje metoda komunikatywna.

Ja tak naprawdę preferuję takie podejście eklektyczne – czyli branie z różnych tych metod rzeczy które działają i stworzenie z tego własnej… Ale tak naprawdę najważniejszymi rzeczami, bez których nie ma nauki języka angielskiego są dwie sprawy. Pierwsza to motywacja i determinacja. Jeżeli mamy zryw i uczymy się tego angielskiego przez 3 dni po 20 godzin, to tak naprawdę równie dobrze można sobie iść na spacer i dać sobie z tym spokój. To nie przyniesie żadnego odczuwalnego efektu, bo drugą sprawą jest systematyczność.

Wewnętrzna motywacja – “bo ja chcę” – jest ważna. Nie muszę, ale “ja chcę”. Ja uważam również, że tysiąc razy lepiej jest się nauczyć języka angielskiego w maluteńkich kawałeczkach. Ja mam takie autorskie porównanie, że tak jak tabliczkę czekolady – nawet ja nie jestem w stanie zjeść naraz. Ale po kawałeczku, po kawałeczku jakoś się ją zje. Moja metoda, to – powolutku, pomalutku, po kawałeczku – a później te kawałeczki stworzą całość.

Wielu z nas zabiera się za naukę angielskiego, ale rezygnuje – bo pojawiają się różne rezultaty, pojawiają się różne problemy, czy nie mamy zapału. Czyli jak nie stracić motywacji do nauki języka angielskiego? Jak zmotywować się do tego żeby codziennie zasiąść i poświęcić te 30 minut czy godzinę nauce angielskiego?

To jest absolutnie indywidualna sprawa. Jeżeli czegoś nie czujemy wewnętrznie, będzie nam to trudno zrobić. Ale ja uważam, że bardzo ważny jest sukces i nawet takie małe sukcesy mogą dać nam motywację na więcej. Czyli jeżeli założymy sobie, żeby nauczyć się pięciu słówek w ciągu tygodnia – to jeżeli uda nam się to zrobić – mamy sukces i niech ten sukces napędza nas do dalszej nauki. Wydaje mi się też, że bardzo fajnie jest połączyć naukę angielskiego z naszym hobby i z tym co lubimy. Ja jak powiedziałam na początku – uwielbiam muzykę. Lubię słuchać muzyki, lubię śpiewać, lubię nucić w samochodzie. Dla mnie motywacją było zrozumieć co oni śpiewają.

Ja mam jeszcze inny przykład, który dowodzi temu, że to tak działa – ja sama w życiu nie byłam na ani jednej lekcji włoskiego. Nigdy nie uczyłam się włoskiego – znam łacinę, znam angielski. Są piosenki po włosku, które uwielbiam, które znam jeszcze z dzieciństwa i które jestem w stanie zaśpiewać, albo chociaż zanucić. Ja słyszę co oni śpiewają i chociaż nie znam tej gramatyki, nie wiem skąd to się wzięło, nie wiem jaki to jest czas i czy to jest rzeczownik czy czasownik – rozumiem to. I jeśli miałabym powiedzieć to wyrażenie po włosku to z tej piosenki bym to powiedziała.

Jak dla mnie to jest właśnie bardzo ważne – żeby mieć jakąś kotwicę, która daje nam radość w tej nauce. Bo bez frajdy, bez radości i bez zabawy nie ma nauki. W dorosłym życiu nikt nie ma czasu, ani siły żeby siedzieć i powtarzać jakieś słówko… Dlatego potrzebujemy tej frajdy. Piosenki, może czytanie gazet, może czytanie książek – dlaczego by nie zrobić sobie czytania książek po angielsku. Są takie uproszczone książki, jest bardzo duża seria książek wydana na przykład przez wydawnictwo Longman – są to takie uproszczone książki. Bo taka 300, 400 stronnicowa książka może nas przerażać, ale już 30 stronnicowa książeczka napisana takim łatwiejszym językiem, o zakresie 500 słów – to inna sprawa. I zobacz jaka to jest motywacja – jeśli jesteśmy w stanie przeczytać taką książkę, jakiś klasyk w wersji uproszczonej.

Często siadając do nauki angielskiego wydaje nam się, że jesteśmy uczeni rzeczy, których tak naprawdę niekoniecznie musimy wiedzieć. Czyli uczymy się o budowie zdań, lekcje przeprowadzają nas przez słownictwo, które nie jest nam do niczego potrzebne… Ale nie ma tak naprawdę takiego prawdziwego “życiowego” kursu. Na przykład – tutaj jest 2000 słów, które musisz znać i na podstawie tych 2000 słów będziesz mógł sobie poradzić. Pytanie do osoby, która jest po części nauczycielem i tłumaczem – po co nam te wszystkie dziwne słowa, czasy i konstrukcje zdań w kursach?

To jest bardzo dobre pytanie. Wydawałoby się, że jeśli mamy listę 500 słówek, których się nauczymy to będziemy mówić po angielsku. I jeśli chodzi o język angielski to w pewnym stopniu jest to prawda – bo angielski jest językiem dużo prostszym niż polski. Tutaj słowa nie mają tak dużo końcówek, tak dużo odmian, rzeczowniki nie są odmieniane przez przypadki… Więc wersji jednego słowa nie jest wcale tak dużo jak w języku polskim.

Niestety, żeby mówić po angielsku nie wystarczy nam tylko i wyłącznie słówko. Bo nawet żeby znać słowo, trzeba znać znaczenie tego słowa i gramatykę słowa. Trzeba wiedzieć czy jest to czasownik, rzeczownik, czy ma czas przeszły… Ponadto muszę znać wymowę tego słowa, bo inaczej nikt mnie nie zrozumie. Więc tak naprawdę na znajomość jednego słowa składają się te trzy rzeczy – znaczenie, gramatyka i wymowa. No i tak naprawdę takim klejem łączącym te wszystkie słowa razem jest gramatyka. Gramatyka angielska jest bardzo przyjemna – tutaj wchodzą nam wszystkie rzeczowniki, czasowniki i czasy.

Prawdą jest, że języka ojczystego jesteśmy w stanie nauczyć się nie wiedząc co to jest rzeczownik czy przymiotnik… Bo czy ty na przykład wiesz co to jest imiesłów bierny, imiesłów czynny czy przydawka? Nie, tego nikt praktycznie nie wie, a mimo wszystko jako rodowici użytkownicy języka świetnie sobie radzimy.

Jednak do nauki języka obcego tego nie da się uniknąć. Na dodatek im wyższy poziom tym te abstrakcyjne opisy gramatyki są bardziej potrzebne, ponieważ jak inaczej wytłumaczyć jak to się używa i dlaczego to jest źle, a dlaczego to jest dobrze? Dlaczego tego czasu używam tutaj, a tutaj nie mogę? To jest ta zła wiadomość. Ale jeśli ma się dobrego nauczyciela, który potrafi w taki przystępny i obrazowy sposób wytłumaczyć te rzeczy, to jest łatwiej… No i jak mamy nauczyciela, który zadaje nam dużo praktyki – to te wszystkie rzeczy zaczynają nam wchodzić w krew. I tutaj na przykład metoda Callana właśnie na tym polega – na powtarzaniu, wyrabianiu sobie nawyku – że jeśli powtórzę sobie coś 20 razy to wejdzie mi to w krew. Dodatkowo kiedy rozumiemy jakiś proces, to go automatyzujemy. Więc rolą nauczyciela jest przedstawić, nauczyć jaki jest wzór poprawnego zdania czy pytania i dać uczniom narzędzia, żeby mogli podmieniać wyrazy i nadal produkować poprawne zdanie.

Czyli na przykład jeśli powiem zdanie “I like walking”. Jeżeli nauczę studentów tej frazy i nauczą się poprawnie mówić to zdanie – to gdy damy im inne czasowniki – “reading”, “watching TV”, “singing” to dając im gramatykę jest im prościej. Podążając więc takimi poprawnymi schematami jesteśmy w stanie produkować nieskończenie wiele poprawnych zdań.

A jak testować to czego się nauczyliśmy i jak to powinno odbywać się w praktyce? Często mówi się, że warto jest sprawdzać to czego się nauczyliśmy – a czasami mówi się “gadaj, aby gadać, jak będziesz mówił źle to ktoś cię poprawi”. Z jednej strony – można powiedzieć, że jeśli ktoś mówi to już jest sukces i najważniejsze jest żeby ktoś mnie zrozumiał.

I jak to testować? Jak sprawdzać swój język? Czy testować na Brytyjczyku, na innym obcokrajowcu który zna angielski? Czy jednak poczekać do momentu kiedy się dobrze nauczymy i wtedy zacząć prosić innych o komentarze. Bo z drugiej strony, jeśli ktoś nam powie, że źle mówimy – to może nas też zdemotywować do dalszej pracy.

To jest bardzo ciekawe, ponieważ to zahacza też o jedną kwestię, którą zawsze powtarzam – bez błędów, nie jesteś w stanie się nauczyć. Jeżeli nie popełnisz błędu to tak naprawdę nie ma szans żeby się nauczyć. Nie bójmy się więc rozmawiać, bo praktyka czyni mistrza. Ale bardzo ważne jest również robienie błędów – ponieważ tylko jak robimy błąd, to ktoś nam może powiedzieć “to powiedz tak, to zrób tak…” i może się okazać, że to będzie najlepszy sposób na naukę. Warto pamiętać, że błędy są integralną częścią nauki. Nawet dzieci uczące się języka ojczystego popełniają błędy i rodzice poprawiają dzieci.

Natomiast prawda jest też taka, że Brytyjczycy się za bardzo nie przejmują tym czy ktoś mówi poprawnie czy coś źle powiedział. I nawet jeśli czują czy wiedzą, że coś jest źle – to nie za bardzo są w stanie powiedzieć dlaczego jest źle – bo nie znają tych zasad.

Jeżeli przychodzi do mnie student i powie błędnie jakieś zdanie, to ja jestem w stanie powiedzieć, dlaczego – bo to jest inny czas, to jest rzeczownik, to jest czasownik… Jestem w stanie użyć tych abstrakcyjnych terminów i powiedzieć – jak należy skonstruować to zdanie żeby było poprawnie.

Natomiast dlaczego tak ważne jest mówienie… Ja oczywiście kocham poprawność i uwielbiam gramatykę – ale tak naprawdę, jeśli mam być zupełnie szczera to najważniejsza jest komunikacja. Języka nie uczymy się po to aby pławić się w tym, że umiemy 7 czy 10 czasów. Języka uczymy się po to, aby powiedzieć to co chcemy przekazać. Jeżeli używamy złego czasu, czy złego słówka to nie wyrażamy tego co chcemy wyrazić, a to może przeszkodzić nam w komunikacji. To chyba jest ta esencja – język służy nam do komunikacji i po to jest. I teraz wracamy do tego – czy każdy musi mówić po angielsku w sposób zaawansowany? No nie! Jeśli chcemy porozmawiać z przyjaciółmi w pubie czy raz na tydzień z sąsiadką – to nasz język nie musi być na bardzo wysokim poziomie. Jeśli jednak chcemy studiować prawo to musimy mieć język na wysokim poziomie. Także to wszystko akurat zależy od naszych potrzeb komunikacyjnych.

My przez pryzmat naszego języka ojczystego mówimy coś i myślimy, że mówimy to co myślimy. Okazuje się jednak, że wcale tak nie jest – bo mówimy czasem coś zupełnie innego. I teraz właśnie przychodzi ta gramatyka, ta wymowa i to słownictwo.

A jak poprawić wymowę? Nawet gdy widzimy słowo, które chcemy powiedzieć, znamy jego znaczenie, ale język odmawia posłuszeństwa? Jakaś porada?

Można do mnie przyjść na kurs. Ha ha. Teraz już się ten kurs skończył, ale w czerwcu miałam taki kurs wymowy brytyjskiej. Ale tak na poważnie – język angielski nie jest aż tak bardzo odległy od wymowy polskiej. Właściwie istnieje bardzo niewiele dźwięków, które są inne od wymowy polskiej. Chociaż najtrudniejsze dla Polaków są dźwięki w słowach “mother” czy “thank you”. I często w tych słowach “nie brzmimy po angielsku” – więc wystarczy często zamiast trzymać język za zębami – to trzymać go między zębami. Wystarczy przywołać sobie słówko, które zaczyna się na “s” – na przykład “sosna” i zamiast trzymać język za zębami to tutaj – przed zębami. Wtedy okazuje się, że wcale to jest takie trudne i jesteśmy w stanie w trzy minuty nauczyć się mówić poprawnie. Swoją drogą w języku angielskim jest tylko 26 dźwięków – to wcale nie tak dużo.

Jeżeli też chcemy “po prostu się porozumiewać”, to będziemy mówić “tak jak nam się uda”. Natomiast jeśli naprawdę chcemy pracować nad językiem – bo to jest fajne mówić ładnie po angielsku. Ja na przykład jestem bardzo dumna z tego, że ładnie mówię po angielsku i sprawia mi to przyjemność. Natomiast prawda jest taka, że nad tym pracowałam i były takie słowa, których długo nie umiałam wymówić. Do tej pory mam problemy z niektórymi słówkami. Na przykład słowo “łosoś” – “salmon” wiecznie źle wymawiam. Po prostu trzeba się nauczyć dźwięku, który jest w danym słowie i próbować.

Teraz chciałem zapytać o to jak pozbyć się złych nawyków jeśli chodzi o język angielski? I jak sprawić żeby w każdym naszym zdaniu nie było “mate”…?
To jest bardzo trudne pytanie, bo my jako osoby uczące się języka angielskiego możemy tak naprawdę nie wiedzieć jakiego poziomu angielszczyzną się posługujemy i jakiego poziomu angielszczyznę nabywamy. I my ucząc się nie będziemy wiedzieć czy to jest potoczne, czy to jest obraźliwe, czy to jest język królowej czy mechanika. Ale ja przyznam, że mi to nie przeszkadza – bo moim zdaniem najważniejsza jest komunikacja. Jeżeli jesteśmy w środowisku, które tego używa – to dlaczego by tego nie używać?

Problem może pojawić się wtedy, kiedy z kręgu kolegów w pubie wyjdziemy na herbatkę u królowej i wtedy powiemy takie słówko. Ale z drugiej strony – im większy poziom i większa praca nad językiem angielskim to tym bardziej wiemy, że jakieś słówko jest bardziej potoczne.

Ale też może to sprawiać dużą przyjemność – mówienie słówka, którego wszyscy używają. Ja kiedy przyjechałam do Anglii to od początku słyszałam “You’re right, mate” i na początku słyszałam tam “Mike”. Myślałam – czy wszyscy tam mają na imię Mike? Wstyd się przyznać, ale jako nauczyciel w Polsce nigdy czegoś takiego nie słyszałam. I w pewnym momencie, kiedy zaczęłam tego używać – zaczęłam mieć z tego przyjemność, że też tak mówię jak oni.

Przyjmijmy, że przez rok czasu chodziłem na kurs, korzystałem z aplikacji… Coś tam pojawiło się w moim życiu, odłożyłem angielski na bok i teraz chcę do niego wrócić. I zawsze pojawia się wtedy to pytanie “na jakim stopniu chcesz rozpocząć naukę angielskiego”. I nie wiem na jakim poziomie – bo wydaje mi się, że coś tam znam… Skąd mogę to wiedzieć od jakiego poziomu powinienem rozpocząć naukę? I czy tak naprawdę te wszystkie kursy i aplikacje – tak jak się to mówi po angielsku – “singing from the same hymn sheet”?

To jest ta jedna z największych zagadek ludzkości, ponieważ każdy jest na innym poziomie – absolutnie każdy. To jak teraz sprawić, żeby w grupie, która ma 12 osób wszyscy byli na tym poziomie – nie da się. Każdy ma inne doświadczenia – ten zna 100 słówek, ten zna 112 słówek, a ten 170 słówek.

W Anglii nie można też uczyć angielskiego tak jak się uczy w Polsce. W Polsce umiesz tyle ile się nauczyłeś, a w Anglii są osoby, które świetnie się komunikują, ale nie mają pojęcia o gramatyce. Ja nazywam, że takie osoby są “pomiędzy poziomami”. Nie mogą iść na kurs od początku, bo znają słowa, ale tak naprawdę nie znają gramatyki, której uczymy się od pierwszej lekcji. Właśnie opracowuję też taki kurs, który jak na razie roboczo nazywam “zespołem wyrównawczym”. Są to godzinne moduły, które każdy będzie mógł sobie wybrać – pewne zagadnienie gramatyczne lub słownictwo, którego mu brakuje. Można też skorzystać z konsultacji ze mną, dookreślimy sobie czego danej osobie brakuje i później może ona wskoczyć na rok wyżej.

 

A co zrobić z osobami, które kompletnie nie wiedzą od jakiego etapu rozpocząć? Mają jakąś znajomość angielskiego, mieszkają tu już jakiś czas i chcą rozpocząć kurs – ale nie wiedzą od jakiego poziomu. Czy są jakiegoś rodzaju testy czy aplikacje, które możemy pobrać i które nam to podpowiedzą?

Absolutnie. Są takie testy poziomujące – sama mam taki test przygotowany dla moich studentów – test 80 pytań o różnym poziomie trudności. I taki test jest w stanie całkiem nieźle powiedzieć na jakim poziomie trudności powinieneś zacząć. Oczywiście doświadczony nauczyciel powinien być w stanie powiedzieć po dwóch minutach rozmowy na jakim etapie jest student.

Można zrobić sobie test poziomujący np. tutaj –  https://te-initial-assessment.web.app/

Pamiętajmy też, że te etapy są tak naprawdę sztuczne, bo my tego języka obcego nie uczymy się jak języka ojczystego. I skąd wiedzieć, że tego czasu będziemy się uczyć w pierwszym roku nauki, a tego w drugim.

Wspomniałaś o tym, że robisz kursy. Poza tym, że jesteś influencerką, zajmujesz się tłumaczeniem tych wszystkich informacji rządowych – to tak naprawdę to czym się zawsze zajmowałaś, to były tłumaczenia i kursy językowe. Czym jest więc Total English – szkoła i firma, którą prowadzisz?

Total English istnieje od wielu, wielu lat. Ja uczę od 20 lat – uczę języka ogólnego, tzw. “Generał English”, więc uczymy się komunikacji i metodą komunikatywną. Uczymy się mówić, pisać i czytać, gramatyki, wymowy i słownictwa. Są to zintegrowane kursy online – bo jak się okazuje zebranie grupy Polaków w Wielkiej Brytanii np. we wtorki o godzinie 18:00 jest całkowicie niemożliwe, ponieważ każdy pracuje w innych godzinach. Dlatego ja postanowiłam robić lekcje online, które prowadzę na platformie. Ja tam mówię, tłumaczę, wspólnie słuchamy i piszemy. Są to zintegrowane kursy online na żądanie – czyli wykupując dostęp można sobie dawkować wiedzę. Jest to godzinna lekcja, rekomendowane jest odbycie jej raz w tygodniu, ale najważniejsza jest praktyka. Żaden nauczyciel nie jest w stanie nikomu nic włożyć do głowy – nauczyciel nikogo niczego nie nauczy, on może tylko pomóc w tym, żeby ktoś się nauczył.

Wspomniałaś o tym, że są to kursy na żądanie – czyli jeśli rozpocznę dzisiaj, a ktoś się zapisze za dwa tygodnie to będziemy mieli dostępne te same lekcje? Jak to wygląda?
Dokładnie tak to wygląda. Gdybyś chciał się uczyć o 3:00 rano, to u mnie możesz się też uczyć o 3:00 rano. Są to lekcje na żądanie, które można sobie dowolnie włączać i wyłączać i do których dostęp masz dożywotnio. Możesz wysłuchać lekcji 50 razy, na tablecie, telefonie czy w samochodzie – właściwie bardziej dostępnego kursu nie jestem w stanie sobie wyobrazić. Można się uczyć w dowolnym momencie, na dowolnym urządzeniu, dowolną ilość razy.

Do kogo są skierowane te kursy? Są przygotowane dla konkretnych osób – pracujących w fabrykach czy sklepach? Czy są to kursy dla osób, które rozpoczęły studia i potrzebują dodatkowych zajęć z języka angielskiego? Kto jest twoją grupą docelową?

Moja grupa docelowa zrodziła się z “Wiadomości wirusowych”, ponieważ same wiadomości z założenia powstały po to, aby przetłumaczyć pewne rzeczy, których Polacy nie rozumieją. Są to kursy dla osób początkujących lub dla tych, których nazywam “wiecznie początkującymi” – dla tych, którzy uczą się wielokrotnie i którzy wielokrotnie próbowali. W tej chwili mam dwa pełne lata kursów – jeśli ktoś się chce zacząć uczyć od zera, to są to praktycznie dwa lata nauki. Jest to sześć różnych poziomów kursów, będą też poziomy wyższe, plus oczywiście “zespół wyrównawczy”. Generalnie są to kursy dla osób na najniższych poziomach – dla początkujących, albo dla tych na tzw. poziomie pośrednim.

Jeżeli przyjdzie do mnie osoba, która nie umie mówić po angielsku i skorzysta z tego kursu to po trzech pierwszych częściach – jedna część trwa 14 tygodni – to po trzech częściach taka osoba dogada się w większości sytuacji życiowych. Będzie potrafiła mówić o przyszłości, przeszłości i teraźniejszości. Potem, kiedy będzie miała podstawy gramatyki – będzie wiedziała jak się tworzy pytanie czy przeczenie – to właściwie wtedy będą tylko słówka, których nam brakuje.

Studenci mają też ćwiczeniówki, mają odpowiedzi, które mogą sobie sprawdzić. Ja oczywiście służę radą podczas konsultacji, ale to wszystko jest tak oczywiste, że to nie są pytania podchwytliwe… Jest zawsze praca domowa – bo warto dołożyć do tego 30 czy 45 minut pracy domowej.

Do tej pory mam już kilkaset studentów i też opinie są bardzo dobre, a postępy widać.

Na facebooku na swoim kanale publikujesz też filmiki, z których można sporo się nauczyć i dowiedzieć…

Właśnie – przed wakacjami, w każdy piątek o 10:00, a teraz w środy o 10:00 daję darmowe lekcje języka angielskiego, które głównie skupiają się na słownictwie. Bardzo dużo jest tam śmiechu, dużo jest tam kontaktu z publicznością i wiesz co… ja mam taki zew, taką misję i nic innego nie umiem robić. Uważam, że jest to potrzebne Polakom i ja nie mam wyjścia – muszę to robić.

A jakiego kopa mogłabyś nam dać, żebyśmy zaczęli się uczyć? Co byś powiedziała dla wszystkich tych, którzy odkładają naukę języka angielskiego na później?

Trzeba to zrobić i trzeba to zrobić już. Ja jeszcze jestem w blokach startowych, aczkolwiek w zeszłym roku rozpoczęłam taką kampanię motywacyjną – dla Polaków i dla siebie – pod hasłem “biorę się za siebie”. I dla wielu osób ten angielski jest czymś co zalega – jedna osoba ma niepomalowany przedpokój, druga chce rzucić palenie, trzecia chce się wziąć za dietę, a czwarta za angielski. Ja też mam swoje rzeczy za które się biorę i właśnie te trzy miesiące to jest taki rozbieg – kiedy można wysłać dzieci do szkoły i do Świąt można coś zrobić, coś osiągnąć. Więc bierzcie się za siebie – cokolwiek by to nie było – ja też mam swoje rzeczy za które się biorę – bo życie ucieka, za chwilę przyjdzie Nowy Rok!

Więcej informacji o kursach Total English przygotowanych przez Olę znajdziesz na: https://courses.totalenglish.co.uk/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz komentarz
Wpisz swoje imię tutaj