Pracownicy galerii
handlowych w Polsce zarabiają siedem razy mniej niż śmieciarze w Niemczech. 80
procent z nich ma wyższe wykształcenie lub studiuje.

W Polsce działa rekordowa liczba obcych sieci handlowych.
Podczas gdy w innych krajach europejskich, takich jak Niemcy, Francja,
Portugalia czy Wielka Brytania królują krajowe markety, Polska ma wszystkie, a
ich liczba jest już większa niż w Niemczech.
Pracownicy tych sieci – pomimo iż pracują dla
zagranicznych firm – zarabiają zaniżone stawki, które nota bene wciąż maleją.
Według wiarygodnych źródeł, w mniejszych miejscowościach o wysokim bezrobociu,
francuska sieć Carrefour płaci agencji 9,50 zł za godzinę pracy, zaś kasjerka
dostaje z tego 4,50 zł. Nieco więcej jest w niemieckiej popularnej sieci
pracując przez krakowską agencję – 6,78 zł brutto za godzinę plus 60 groszy
„premii” za szybkie tempo skanowania wynoszące 24 produkty na minutę.
Wynagrodzenie może jednak zostać obniżone, jeśli pracownik dopuści się
„wykroczenia”. I tak za niewłaściwy ubiór grozi kara 15 zł, za niezgłoszoną dwa
dni wcześniej nieobecność – 150 zł, ponadto za ujawnienie poufnych informacji
(np. treści umowy) grozi kara w wysokości 2 tysiący zł. Miesięczne
wynagrodzenie (bez kar) wynosi 870 zł na rękę. W Niemczech, płace na kasie
zaczynają się od 1300 euro.
Zlecić pracę na
kasie
Coraz częstszą formą zatrudnienia w sieciach handlowych
jest umowa-zlecenie. Nieoficjalnie mówi się, że dotyczy to około 40%
pracowników, a liczba ta stale rośnie. Popularne staje się zwalnianie etatowych
pracowników i przyjmowanie w ich miejsce tych z agencji – twierdzi Alfred
Bujara, szef handlowej Solidarności, dodając, że odsetek przychodów, jaki obce
sieci przeznaczają na płace, jest w Polsce trzy razy mniejszy niż na Zachodzie.
A sieci (z wyjątkiem Biedronki) płacą znikomy podatek dochodowy. Ma to fatalne
konsekwencje na rynku pracy. Między pracodawcami panuje ostra konkurencja, kto
zapłaci Polakowi mniej – zdradza Bujara.
W niektórych polskich marketach tylko kierownictwo pracuje
na etacie. Pozostali: kasjerki, wykładający towar, magazynierzy, sprzątaczki i
ochroniarze sa zatrudniani przez agencje pracy na umowę zlecenie. Przedstawiciele
sieci tłumaczą, że pomaga im to „optymalizować koszty” i „elastycznie zarządzać
personelem”, sami zaś pracownicy mówią jedno: „wyzysk”.
Zysk kosztem
pracownika
Agencje pracy tymczasowej w Polsce istnieją od 10 lat i
już w ciągu pierwszych czterech ich liczba wzrosła trzydziestokrotnie. Jednak
dopiero po wybuchu światowego kryzysu gospodarczego agencje te zaczęły wyrastać
jak grzyby po deszczu. Obecnie jest ich 4 tysiące. Oficjalnie, bo wiele z nich
działa na czarno – mimo obowiązku rejestracji. Przy osiąganych krociowych
zyskach, kara 5 tys. zł za nielegalną działalność jest praktycznie śmieszna.
W teorii, zadaniem agencji jest pomoc pracodawcom, którzy
w okresach zwiększonego ruchu potrzebują więcej pracowników, np. podczas
wyprzedaży czy przed Świętami Bożego Narodzenia. Dlatego sieci handlowe na
całym świecie chętnie sięgają po tymczasowych pracowników z agencji. Problem w
tym, że praca przez taką agencję staje się podstawową formą zatrudnienia –
przyznaje Alfred Bujara z Solidarności. – Warunki pracy makabrycznie się
pogarszają. Zwłaszcza dla młodych – dodaje.
Tymczasem w ciągu ostatnich pięciu lat liczba agencji
wzrosła z kilkudziesięciu do 13 tysięcy – według resortu pracy. Tylko w
ostatnim kwartale 2013r. rynek wzrósł o jedną trzecią. Nigdzie indziej na
świecie nie zanotowano tak szybkiego wzrostu.
Tych tysięcy klientów nie interesuje, na jakich warunkach
zatrudnia się dla nich polskich pracowników, a ponieważ agencjom bardziej
opłaca się dostarczać pracowników bez umowy o pracę, maleje liczba
zatrudnionych na etacie, a rośnie zatrudnienie na umowę-zlecenie. Jedynie
czołowe agencje zrzeszone w Polskim Forum HR nie stosują tej praktyki, dlatego
ok. 90 procent zatrudnionych przez nie osób pracuje na umowę o pracę. W
pozostałych agencjach odsetek ten nie przekracza 50 procent, a nierzadko sięga
zera.
Sam rynek nie zmieni tego trendu, bo dopóki koszt
zatrudnienia będzie niski, pracodawcy z własnej woli nie wrócą do poprzednich
praktyk. Coraz większa konkurencja zmusza ich do ciągłego obniżania cen – co
klienci marketów wręcz kochają  – a
odbywa się to kosztem pracowników, których w zasadzie nikt nie chroni. Inaczej
jest na Węgrzech, gdzie premier Viktor Orbán skutecznie zajął się problemem
niskich wynagrodzeń pracowników obcych sieci handlowych.

- Reklama -
Autor: Ewa Erdmann

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz komentarz
Wpisz swoje imię tutaj