„Spieprzyliście ten kraj” – to
jedno z wielu haseł, jakich użyto pod adresem obecnej polskiej władzy na
zjeździe nowej partii Janusza Palikota. Ugrupowanie nazywa się Twój Ruch i –
jeśli spojrzeć na jego członków – skupia między innymi wykluczonych z innych
ugrupowań, tych wypisanych na własne życzenie i tych, którzy, gdyby zostali w
macierzystych partiach, najpewniej nie przekroczyliby progu wyborczego.

W myśl zasady „ratuj się, kto może” powołano więc do życia kolejny
polityczny twór, który ma w zamiarze uratować kraj. Gorączka uszczęśliwiania
społeczeństwa opanowała zresztą i Wyspy – wszystko z przyszłymi brytyjskimi
wyborami w tle. Składnik kluczowy? Opluwanie konkurencji.                                                                                                                                                  
Do maksimum posunęli się ci atakujący Eda Milibanda, obwieszczając w Daily
Mail wszem i wobec, iż jego ojciec, zmarły w 1994 roku Ralph Miliband
„nienawidził Wielkiej Brytanii”. Miało to wynikać z faktu, iż jako
siedemnastolatek napisał w swoim pamiętniku, iż Anglicy „są być może największymi
nacjonalistami na świecie… czasem niemal chciałoby się, żeby
przegrali…”.
  Zapachniało historią
„dziadka z Wermachtu”, która miała jego wnukowi, Donaldowi Tuskowi, zamknąć
drzwi do dalszej politycznej kariery. Zarówno w przypadku polskiego premiera,
jak i Eda Milibanda skończyło się tak samo: historie okazały się wyssane z palca.
                                                                   


- Reklama -

W dolinach, w wyborach
lokalnych, wysuwane przeciwko sobie działa są nieco lżejsze. Niedawno w mojej
skrzynce na listy wylądowała ulotka partii politycznej. A w niej lista „błędów”
lokalnych władz. A to, że za dużo wydano na sadzenie palm w Bournemouth i że
miliony poszły na marne, kiedy wyburzono IMAX. Obok litanii „porażek”
standardowo wyliczenie tego, co by było gdyby władze przejęła opcja polityczna
podrzucająca gazetkę. I znowu – zarówno w Polsce, jak i na Wyspach – wracamy do
tego samego scenariusza, jaki miejsce ma przy każdych wyborach: obrzucania się
błotem i snucia obrazów szczęśliwości w narodzie, jeśli dojdzie do zmiany
politycznej warty. Zawsze ma być wtedy piękniej, cudowniej, w najgorszym
scenariuszu „tylko” lepiej. Tymczasem wyborcy czekają nie na polityka, który
nie obiecuje gruszek na wierzbie, tylko realne zmiany. Ot, prozaicznie. Tyle
tylko, że w ferworze walki o wejście do rządu większość biorących udział w
wyścigu o tym zapomina, skupiając się na sobie i swoich chorych nieraz ambicjach
dojścia do władzy nawet za cenę zdrady dotychczasowych życiowych poglądów.
Zwłaszcza przed tymi ratuj się, kto może.



Autor: Agnieszka Bielamowicz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz komentarz
Wpisz swoje imię tutaj