piątek, 4 lipca 2014

Sieci handlowe w Polsce: 4,50 zł za godzinę i bez umowy o pracę

Pracownicy galerii handlowych w Polsce zarabiają siedem razy mniej niż śmieciarze w Niemczech. 80 procent z nich ma wyższe wykształcenie lub studiuje.

W Polsce działa rekordowa liczba obcych sieci handlowych. Podczas gdy w innych krajach europejskich, takich jak Niemcy, Francja, Portugalia czy Wielka Brytania królują krajowe markety, Polska ma wszystkie, a ich liczba jest już większa niż w Niemczech.
Pracownicy tych sieci – pomimo iż pracują dla zagranicznych firm – zarabiają zaniżone stawki, które nota bene wciąż maleją. Według wiarygodnych źródeł, w mniejszych miejscowościach o wysokim bezrobociu, francuska sieć Carrefour płaci agencji 9,50 zł za godzinę pracy, zaś kasjerka dostaje z tego 4,50 zł. Nieco więcej jest w niemieckiej popularnej sieci pracując przez krakowską agencję – 6,78 zł brutto za godzinę plus 60 groszy „premii” za szybkie tempo skanowania wynoszące 24 produkty na minutę. Wynagrodzenie może jednak zostać obniżone, jeśli pracownik dopuści się „wykroczenia”. I tak za niewłaściwy ubiór grozi kara 15 zł, za niezgłoszoną dwa dni wcześniej nieobecność – 150 zł, ponadto za ujawnienie poufnych informacji (np. treści umowy) grozi kara w wysokości 2 tysiący zł. Miesięczne wynagrodzenie (bez kar) wynosi 870 zł na rękę. W Niemczech, płace na kasie zaczynają się od 1300 euro.

Zlecić pracę na kasie

Coraz częstszą formą zatrudnienia w sieciach handlowych jest umowa-zlecenie. Nieoficjalnie mówi się, że dotyczy to około 40% pracowników, a liczba ta stale rośnie. Popularne staje się zwalnianie etatowych pracowników i przyjmowanie w ich miejsce tych z agencji – twierdzi Alfred Bujara, szef handlowej Solidarności, dodając, że odsetek przychodów, jaki obce sieci przeznaczają na płace, jest w Polsce trzy razy mniejszy niż na Zachodzie. A sieci (z wyjątkiem Biedronki) płacą znikomy podatek dochodowy. Ma to fatalne konsekwencje na rynku pracy. Między pracodawcami panuje ostra konkurencja, kto zapłaci Polakowi mniej – zdradza Bujara.
W niektórych polskich marketach tylko kierownictwo pracuje na etacie. Pozostali: kasjerki, wykładający towar, magazynierzy, sprzątaczki i ochroniarze sa zatrudniani przez agencje pracy na umowę zlecenie. Przedstawiciele sieci tłumaczą, że pomaga im to „optymalizować koszty” i „elastycznie zarządzać personelem”, sami zaś pracownicy mówią jedno: „wyzysk”.

Zysk kosztem pracownika

Agencje pracy tymczasowej w Polsce istnieją od 10 lat i już w ciągu pierwszych czterech ich liczba wzrosła trzydziestokrotnie. Jednak dopiero po wybuchu światowego kryzysu gospodarczego agencje te zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. Obecnie jest ich 4 tysiące. Oficjalnie, bo wiele z nich działa na czarno – mimo obowiązku rejestracji. Przy osiąganych krociowych zyskach, kara 5 tys. zł za nielegalną działalność jest praktycznie śmieszna.
W teorii, zadaniem agencji jest pomoc pracodawcom, którzy w okresach zwiększonego ruchu potrzebują więcej pracowników, np. podczas wyprzedaży czy przed Świętami Bożego Narodzenia. Dlatego sieci handlowe na całym świecie chętnie sięgają po tymczasowych pracowników z agencji. Problem w tym, że praca przez taką agencję staje się podstawową formą zatrudnienia – przyznaje Alfred Bujara z Solidarności. - Warunki pracy makabrycznie się pogarszają. Zwłaszcza dla młodych – dodaje.
Tymczasem w ciągu ostatnich pięciu lat liczba agencji wzrosła z kilkudziesięciu do 13 tysięcy – według resortu pracy. Tylko w ostatnim kwartale 2013r. rynek wzrósł o jedną trzecią. Nigdzie indziej na świecie nie zanotowano tak szybkiego wzrostu.
Tych tysięcy klientów nie interesuje, na jakich warunkach zatrudnia się dla nich polskich pracowników, a ponieważ agencjom bardziej opłaca się dostarczać pracowników bez umowy o pracę, maleje liczba zatrudnionych na etacie, a rośnie zatrudnienie na umowę-zlecenie. Jedynie czołowe agencje zrzeszone w Polskim Forum HR nie stosują tej praktyki, dlatego ok. 90 procent zatrudnionych przez nie osób pracuje na umowę o pracę. W pozostałych agencjach odsetek ten nie przekracza 50 procent, a nierzadko sięga zera.
Sam rynek nie zmieni tego trendu, bo dopóki koszt zatrudnienia będzie niski, pracodawcy z własnej woli nie wrócą do poprzednich praktyk. Coraz większa konkurencja zmusza ich do ciągłego obniżania cen - co klienci marketów wręcz kochają  - a odbywa się to kosztem pracowników, których w zasadzie nikt nie chroni. Inaczej jest na Węgrzech, gdzie premier Viktor Orbán skutecznie zajął się problemem niskich wynagrodzeń pracowników obcych sieci handlowych.


Autor: Ewa Erdmann

0 comments:

Prześlij komentarz