wtorek, 6 maja 2014

10 lat w Unii

Kiedy oczy Polaków w miniony weekend były zwrócone na Watykan i trwającą tam kanonizację Papieży: Jana Pawła II oraz Jana XXIII, brytyjskie media swoje depesze wypełniły podsumowaniem 10 lat Polski w Unii Europejskiej, a bardziej 10-lecia życia Polaków na Wyspach.

Zarówno dziennik Daily Mail jak i The Guardian odwiedziły Southampton, by porozmawiać z tutejszą Polonią. Jak by nie patrzeć, 10% mieszkanców stanowią Polacy, co sprawia, że Southampton jest najbardziej „polskim” miejscem na Wyspach poza Londynem.  
Dziennik Daily Mail, który raczej nie przepada za imigrantami i dotychczas pokazywał w swoim materiałach, jak Polacy kradną pracę brytyjczykom, korzystają z NHS i pobierają setki zasiłków na dzieci mieszkające w Polsce, wyjątkowo przygotował „delikatny” materiał o Polonii.
Dwu-stronicowy artykuł zatytułowany: „Polska inwazja, która uratowała moje rodzinne miasto: napływ 25,000 Polaków spowodował, że szkoły w Southampton wypełniły się po brzegi - niektórzy mieszkańcy czują się wypchnięci” skupia się na losach Polaków mieszkających w dzielnicy Shirley, którą niektórzy lokalni Brytyjczycy nazywają „małą Polską”. Nie ma się co dziwić: na jednej z ulic oprócz polskiego sklepu spożywczego, salonu fryzjerskiego, kilku supermarketów, sklepów monopolowych można napotkać polski warsztat samochodowy i biuro tłumaczeń. Swoją drogą z usług takiego biura skorzystałby chętnie niejeden Anglik, który uskarża się, że nie rozumie polskiej mowy.
Dla wielu Anglików, obcy język słyszany na codzień na ulicach Southampton, nowe, nieznane produkty na półkach sklepowych i ludzie obcego pochodzenia, którzy być może nie uśmiechają się tak często jak ich rodacy sprawiają, że niektórzy z nich sami czują się jak cudzoziemcy w mieście, w którym się urodzili i wychowali. Dodajmy do tego przepełnione szkoły, większe korki na ulicach, brak miejsc w szpitalach i opóźnienia w przychodniach i mamy obraz Anglii po napływie tysięcy Polaków jak w typowym artykule the Daily Mail.

Nie taki diabeł straszny

Jednak tym razem autorka pokusiła się o ukazanie drugiej strony medalu, a mianowicie pozytywnych aspektów otwarcia granic dla imigrantów. Jednym z nich jest korzystny wpływ na brytyjską gospodarkę, ale nie tylko na skalę krajową poprzez płacenie podatków i składek, ale również na „własnym podwórku” – Polacy tchnęli życie w niejedną zapyziałą dzielnicę, a nawet uratowali wiele lokalnych sklepików. „Gdyby nie Polacy, już dawno musiałbym zamknąć sklep” – czytamy w jednej z wypowiedzi Pana Phillipsa, który w wieku 72 lat, wraz z żoną prowadzą warzywniak Affordable Fruits. Przedsiębiorca doskonale wie, że Polacy jedzą dużo owoców i warzyw, wolą lokalne sklepy od supermarketów i znacznie częściej niż Anglicy gotują w domu. Dzięki temu, zamiast pobierać minimalną ustawową emeryturę, może dalej prowadzić swój biznes i cieszyć się z tak wielu klientów, z których większość zna po imieniu i chętnie ucina z nimi ciekawe pogawędki.

Same plusy

Zdrowy styl życia, pracowitość i ambicja Polaków wywarły niemałe wrażenie na autorce materiału: „Mężczyźni, których mijałam stojących przed the Shirley Hotel Pub w południe, trzymających kufel piwa w jednej ręce i papierosa w drugiej, to Brytyjczycy, nie Polacy. Podobnie matki z niemowlakami i małymi dziećmi przeciskające wózki przez drzwi do McDonalda krzyczą na swoje pociechy po angielsku, a nie po polsku.”
Brytyjczycy zauważają i doceniają również naszą przedsiębiorczość – w materiale znajdujemy kilka dalszych historii osób, które własną pracą zdobyły odpowiednią wiedzę oraz doświadczenie, założyły własną działalność i świetnie sobie radzą. Jeden z naszych rodaków – 23-letni Tomasz Dyl, który w wieku 17 lat założył agencję marketingową, został Młodym Przedsiębiorcą Roku, a do tego wraz ze swoim kolegą, Anglikiem, Jamesem Payne wydaje tygodnik Magazyn PL i miesięcznik Business Magazyn PL .
Dalsza część artykułu to typowa polemika tak dobrze znana nam z prasy i programów telewizyjnych. Z jednej strony Polacy przyczyniają się do przeludnienia, braku miejsc w szkołach oraz spowolnienia pracy wielu służb, które muszą obsługiwać rozrastające się społeczeństwo, z drugiej zaś, to polscy uczniowie podwyższają poziom edukacyjny szkół, które dopiero teraz osiągają wymagany pułap; z ulic Southampton znikają brytyjskie sklepiki, zastępowane przez polskie biznesy, jednak to właśnie one jako jedyne rozkwitają i nakręcają lokalną gospodarkę.
Kolejny dziennik, tym razem z „górnej” półki, The Guardian również podjął temat dziesięciolecia życia Polaków na Wyspach i przedstawił jak dobrze polska społeczność radzi sobie w Southampton. Historie o polskich przedsiębiorcach przeplatają się wraz z tymi o pracownikach zadowolonych z poziomu życia w Anglii, docenianych za ciężką pracę i nie myślących o powrocie do Polski. The Gurdian również przedstawił wyniki sondaży przeprowadzonych wśród angielskiej społeczności, z których wynika, że 55 proc. ankietowanych jest zdania, iż Polacy ciężko pracują na utrzymanie, 54 proc. uważa, iż napływ polskich imigrantów pozytywnie wpłynął na Wielką Brytanię, a 57 proc. przyznało, że nie sprawiają problemów dla społeczności. Niestety tylko 35 proc. ankietowanych jest zdania, że Polacy starają się zintegrować z obywatelami Wielkiej Brytanii.
Niestety są też negatywne głosy, szczególnie ze strony partii Ukip, która przy wielu okazjach zaznacza, iż imigracja już dawno wymsknęła się rządowi spod kontroli. Przewodnicząca partii w Southampton, Pearline Hingston, sama będąca imigrantką przybyłą do Wielkiej Brytanii z Jamajki w latach 60-tych uważa, że polityka otwartych drzwi dla wszystkich była błędem i że rząd powinien kontrolować, ile osób wpuszcza do kraju. Tego typu poglądy szybko uzyskują popracie wśród starszej części społeczności, którzy wciąż nie potrafią przyzwyczaić się do wielokulturowego społeczeństwa. Ponadto, czują się nieco opuszczeni przez partie rządzące i dlatego radykalne poglądy Ukip trafiają do nich i przekonują do poparcia. Sama partia zaś wykorzystuje argumenty o problemach imigracji w swojej kampanii wyborczej do Europarlamentu. W tym celu Ukip wywiesiła setki kontrowersyjnych billboardów z brytyjskim robotnikiem żebrzącym o drobne. Na plakacie widnieje hasło: „Brytyjscy robotnicy poszkodowani przez nieograniczoną tanią siłę roboczą.” Wedłu przewodniczącego partii, Nigela Farage’a „kampania jest odzwierciedleniem rzeczywistości, której doświadczają miliony Brytyjczyków z trudem utrzymującymi się za niskie płace”. Z takimi poglądami, Ukip ma obcenie 27 proc. poparcia w wyborach do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się 22 maja br.

Kampania w Polsce

Polska również pragnie pokazać co zmieniło się od 2004. I związku z tym ruszyła rządowa kampania. W mediach akcja obejmuje przede wszystkim spot pod hasłem „10 lat świet(l)nych”, którego produkcja i emisja będzie kosztować ponad 7 mln zł.
Spot „10 lat świet(l)nych” rozpoczyna się od migawek z początku lat 90.: spikerzy telewizyjni Jan Suzin i Edyta Wojtczak składają życzenia noworoczne, na Stadionie Dziesięciolecia trwa handel, ankietowani Polacy mówią o swoich celach i marzeniach. Potem następują ujęcia z ostatniego dziesięciolecia: widowiskowe panoramy miast i atrakcji turystycznych (m.in. Stadionu Narodowego), obrazki z ulicznych imprez, festiwali i meczów piłkarskich. W tle coraz głośniej słychać piosenkę „Hey Jude”, a na końcu widać, jak zachwycony przyjęciem przez polskich fanów, podczas zeszłorocznego koncertu w Warszawie, był Paul McCartney.
Celem spotu jest unaocznienie skali skoku cywilizacyjnego, który dzięki naszej akcesji do Unii Europejskiej nastąpił w Polsce w ostatniej dekadzie oraz innych korzyści związanych z obecnością w Unii.

Szkoda jednak, że kampania taka droga, ale z drugiej strony, zapewne opłacona z funduszy unijnych.

Autor: Ewa Erdmann oraz Mariusz Kaszpan

0 comments:

Prześlij komentarz