niedziela, 13 października 2013

Ratuj się, kto może (Felieton)

„Spieprzyliście ten kraj” – to jedno z wielu haseł, jakich użyto pod adresem obecnej polskiej władzy na zjeździe nowej partii Janusza Palikota. Ugrupowanie nazywa się Twój Ruch i – jeśli spojrzeć na jego członków – skupia między innymi wykluczonych z innych ugrupowań, tych wypisanych na własne życzenie i tych, którzy, gdyby zostali w macierzystych partiach, najpewniej nie przekroczyliby progu wyborczego.

W myśl zasady „ratuj się, kto może” powołano więc do życia kolejny polityczny twór, który ma w zamiarze uratować kraj. Gorączka uszczęśliwiania społeczeństwa opanowała zresztą i Wyspy – wszystko z przyszłymi brytyjskimi wyborami w tle. Składnik kluczowy? Opluwanie konkurencji.                                                                                                                                                  
Do maksimum posunęli się ci atakujący Eda Milibanda, obwieszczając w Daily Mail wszem i wobec, iż jego ojciec, zmarły w 1994 roku Ralph Miliband „nienawidził Wielkiej Brytanii”. Miało to wynikać z faktu, iż jako siedemnastolatek napisał w swoim pamiętniku, iż Anglicy „są być może największymi nacjonalistami na świecie... czasem niemal chciałoby się, żeby przegrali...”.  Zapachniało historią „dziadka z Wermachtu”, która miała jego wnukowi, Donaldowi Tuskowi, zamknąć drzwi do dalszej politycznej kariery. Zarówno w przypadku polskiego premiera, jak i Eda Milibanda skończyło się tak samo: historie okazały się wyssane z palca.                                                                   

W dolinach, w wyborach lokalnych, wysuwane przeciwko sobie działa są nieco lżejsze. Niedawno w mojej skrzynce na listy wylądowała ulotka partii politycznej. A w niej lista „błędów” lokalnych władz. A to, że za dużo wydano na sadzenie palm w Bournemouth i że miliony poszły na marne, kiedy wyburzono IMAX. Obok litanii „porażek” standardowo wyliczenie tego, co by było gdyby władze przejęła opcja polityczna podrzucająca gazetkę. I znowu – zarówno w Polsce, jak i na Wyspach – wracamy do tego samego scenariusza, jaki miejsce ma przy każdych wyborach: obrzucania się błotem i snucia obrazów szczęśliwości w narodzie, jeśli dojdzie do zmiany politycznej warty. Zawsze ma być wtedy piękniej, cudowniej, w najgorszym scenariuszu „tylko” lepiej. Tymczasem wyborcy czekają nie na polityka, który nie obiecuje gruszek na wierzbie, tylko realne zmiany. Ot, prozaicznie. Tyle tylko, że w ferworze walki o wejście do rządu większość biorących udział w wyścigu o tym zapomina, skupiając się na sobie i swoich chorych nieraz ambicjach dojścia do władzy nawet za cenę zdrady dotychczasowych życiowych poglądów. Zwłaszcza przed tymi ratuj się, kto może.

Autor: Agnieszka Bielamowicz

0 comments:

Prześlij komentarz