poniedziałek, 23 września 2013

Wariackie zabawy? (Felieton)

Wrzesień przejdzie do historii, jeśli chodzi o pozytywny odzew lokalnych rezydentów na decyzje władz Bournemouth. Zwykle bowiem, przy wdrażaniu nowości, to tych krytycznych głosów pojawia się najwięcej.

Tym razem miła niespodzianka: oto po raz czwarty z roku nie podniesiono cen za parkingi. Wręcz przeciwnie: pojawiły się nowe rozwiązania, mające pozwolić zaoszczędzić na opłatach postojowych. Trudno znaleźć powód do niezadowolenia. Zaskoczenie? Zdecydowanie, bo można odnieść ostatnio wrażenie, iż decyzje władz miasta budzą przede wszystkim ostre kontrowersje.  Pytanie tylko, czy aby lamenty i narzekania zawsze są uzasadnione.     
Przykład? Do ostatnich – jak to określono – „wariackich zabaw władz” wielu zaliczyło znak, jaki zawisł niedawno na przejściu nad A338. Wjeżdżających do Bournemouth wita napis „Welcome to Bournemouth” (od razu, w nawiązaniu do ilości mieszkających w okolicy Polaków, zasugerowano zresztą ironicznie, iż powinien raczej brzmieć „Witamy w Borkowie”). Nie byłoby nic nadzwyczajnego w pojawieniu się owego przywitania, gdyby nie jego koszt: siedemdziesiąt sześć tysięcy funtów. Obok oburzenia mieszkańców „trwonieniem pieniędzy podatników na kawałek blachy” pojawiły się sugestie, iż wart jest grosze, a stojące za nim osoby „chciały się obłowić”. Dopiero, kiedy ktoś wspomniał koszty związane z zachowaniem procedur i wymogi bezpieczeństwa dla tego typu znaków zawieszanych nad jezdnią, uciszyli się ci krytykujący sprawę najmocniej.                                                     
Nie inaczej było z komentarzami dotyczącymi „morza” pieniędzy, płynącego do kasy miasta z mandatów. Wszystko po tym, jak okazało się jakimi kurami znoszącymi złote jajka okazały się być dwie kamery przy Coach House Place, gdzie wjazd zarezerwowany jest tylko dla autobusów i taxi. Tylko od początku tego roku przyniosły Bournemouth Council około sto tysięcy dochodu. Suma kolosalna, aczkolwiek warto rozważyć powstrzymanie się od mówienia o skandalu. Czy kierowcy powinni bowiem wylewać żali na władze miasta, skoro z własnego wyboru woli narażają się na mandaty, jeżdżąc liniami dla autobusów? Fakt, pewnie wielu złapanych na łamaniu tam przepisów zrobiło to świadomie, unikając na przykład spóźnienia się na pociąg. Ilu pojechało tamtędy z wygody, albo ze świadomością zakazu? Na pewno większość – i nie zdziwię się, jeśli to właśnie oni wytaczają teraz pod adresem Bournemouth Council najcięższe działa.                                                               

Zanim więc dołączymy się do chóru tych obrzucających lokalne władze błotem, warto pomyśleć o obu stronach medalu, bo czasem to tłum, wydający się mającym najwięcej racji, myli się najmocniej. 

Autor: Agnieszka Bielamowicz

0 comments:

Prześlij komentarz