wtorek, 7 maja 2013

My, emigranci

Przez dłuższy okres czasu politycy bali się słowem pisnąć w kwestii imigracji, w szczególności członkowie partii Labour, za rządów której miała miejsce największa fala imigracji. Teraz zaś temat obcokrajowców przybywających do Wielkiej Brytanii i związanych z tym konsekwencji nie schodzi z pierwszych stron gazet i z ramówki wiadomości telewizyjnych.







W zeszłym tygodniu Channel 4 na wskroś przeanalizowało zagadnienie imigracji, ukazując jej różne oblicza i omawiając związane z nią obawy. Zazwyczaj przekaz jest prosty Imigracja jest pozytywnym zjawiskiem, ale jeżeli wymyka się spod kontroli, to zamienia się w problem. Problemem jest rzekomo 3,8m obcokrajowców, którzy w ciągu ostatniego dziesięciolecia, osiedlili się w Zjednoczonym Królestwie. Choć migracja netto spadła w ostatnim roku: 163.000 nowoprzybyłych w porównaniu z 247 tysiącami w 2011r., to obniżkę „nadrabiają” dzieci imigrantów urodzone na terenie Wielkiej Brytanii - jest ich 7,5 miliona.



Dlaczego teraz?

Dyskusje dotyczące imigracji i jej skutków dla Zjednoczonego Królestwa przybrały na sile głównie w świetle otwarcia pod koniec bieżącego roku granic dla obywateli Bułgarii i Rumunii. Brytyjczycy obawiają się kolejnej fali setek tysięcy obcokrajowców, którzy okradną ich państwo z zasiłków i zabiorą kolejne miejsca pracy godząc się na najniższą krajową pensję. Tak Brytyjczycy wydają się myśleć o konsekwencjach zniesienia ograniczeń unijnych dla Bułgarów i Rumunów. Tymczasem obie nacje nie wykazują większego zainteresowania masowym przybywaniem do Wielkiej Brytanii. Co więcej, Rumuni zakpili z wypowiedzi premiera, Davida Camerona przeprowadzając kampanię głoszącą, że to Brytyjczycy powinni wyemigrować do ich kraju ponieważ, według sloganów połowa naszych kobiet wygląda jak Kate, a druga połowa jak jej siostra. Mimo braku dowodów na ewentualne zalanie Wysp kolejną falą imigrantów, ministrowie zastanawiają się nad przeprowadzeniem negatywnej kampanii reklamowej w Bułgarii i Rumuni, mówiącej, że nie warto przyjeżdżać i osiedlać się na Wyspach. Jednym z powodów miałaby być zła pogoda, zamiłowanie do reality shows oraz recesja panująca w Wielkiej Brytanii.


Okradają państwo

Część brytyjskiego społeczeństwa nadal kultywuje stereotyp imigranta żyjącego na zasiłkach. Uważają, że obcokrajowcy, którzy osiedlili się w Zjednoczonym Królestwie okradają ich kraj pobierając nienależne im zapomogi. Według nich niesprawiedliwością jest, iż obywatel innego państwa już pół roku po przyjeździe ma takie samo prawo do otrzymywania świadczeń socjalnych jak ci, którzy tu się urodzili. Na szczęście politycy i ekonomiści nie podzielają ich poglądów. Znają statystyki i wiedzą, że imigranci dokładają więcej do budżetu państwa nich z niego wyciągają. Tak właśnie uważa Jonathan Portes, dyrektor the National Institute for Economic and Social Research. Według niego istnieje znacznie niższe prawdopodobieństwo pobierania zasiłków przez imigrantów, niż przez Brytyjczyków. W programie BBC Radio 4 Today Pan Portes podkreślił: - Wszystkie dowody wskazują na to, iż ludzie przyjeżdżający z państw członkowskich Unii Europejskiej mają ogromny wkład w finanse publiczne - wpłacają znacznie więcej niż wypłacają -. Dowodzą tego liczby przedstawione przez Department for Work and Pensions: w roku podatkowym 2010-11, 6.6 procent obcokrajowców z numerem ubezpieczenia społecznego (National Insurance Number) pobierało zasiłki dla bezrobotnych w niecałe pół roku po uzyskaniu numeru NIN, w porównaniu do 16.6 procent Brytyjczyków, którzy po tym samym okresie czasu żyli na koszt państwa. Około 83% z 46,000 pobierających świadczenia, otrzymywało zapomogę dla osób poszukujących pracy (Jobseekers Allowance). Należy jednak zwrócić uwagę, iż zasiłek ten można pobierać jednocześnie pracując i opłacając składki National Contributions, które zrównoważą otrzymywany zasiłek.


Zbyt tłoczno


Dla polityków problemem nie są imigranci pobierający zasiłki, gdyż jedynie garstka z nich żyje na kosz państwa, ale po prostu zbyt duża liczba osób przybyłych na Wyspy. Spis ludności przeprowadzony w 2001r. w Southampton wykazał, iż 89% populacji tego miasta to Brytyjczycy. Dziesięć lat później, liczba ta spadła do 78%. Każdego roku w Southampton rodzi się o 1,000 więcej dzieci niż dekadę temu. Istnieją ogólne obawy o zapewnienie podstawowej służby publicznej dla tak wielkiej populacji, zwłaszcza w czasie recesji i cięć budżetowych. Przy coraz niższych zasobach finansowych coraz trudniej o świadczenie opieki zdrowotnej, zapewnienie edukacji czy miejsca zamieszkania dla wciąż rosnącej liczby ludzi. W świetle powyższych faktów, społeczeństwo brytyjskie domaga się ograniczeń a nawet całkowitego zaprzestania napływu imigrantów, politycy zaś widzą, że sytuacja wymyka się spod kontroli, jednak niewiele mogą zrobić ze względu na przepisy unijne, które zapewniają swobodny przepływ osób. Jedynym wyjściem byłoby wycofanie się Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, co stanowiłoby w tym przypadku ostateczność. Około 20 procent mieszkańców Southampton urodziło się za granicą. Dziesięć lat temu w mieście żyło około kilkuset Polaków. Obecnie, oficjalnie, jest tu ich ponad 8,000, jednak każdy z nas wie, że jest nas więcej, ok. 27,000. Skutki masowego przypływu obcokrajowców są widoczne w szkołach. W szkole podstawowej St Mark's w Southampton uczniowie mówią w 49 językach - w tym w dwóch odmianach zulu i pendżabskiego. Dekadę temu 86 procent uczniów było narodowości angielskiej, teraz zaś uczniowie ci stanowią zaledwie 41 procent ogółu. Różnorodność rasowa i kulturowa w szkole, to jednak bardzo pozytywne zjawisko uważa dyrektorka St Mark's Primary School: - Dla tych dzieci jest to [różnorodność kulturowa, przyp.red.] normą, dorastają w tym środowisku i to będzie ich siłą. Będą w stanie łączyć się i integrować.


Debata w Polskim Klubie


W ramach cyklu Imigrantion Nation na Channel 4, w ubiegłym tygodniu w Polskim Klubie przy Portswood Road w Southampton odbyła się debata pomiędzy rodowitymi mieszkańcami miasta, imigrantami z Polski, Rumunii i nie tylko oraz politykami z 4 różnych partii politycznych. Jak zauważył przedstawiciel Partii Pracy, problem nie leży po stronie imigrantów, którzy tutaj przyjeżdżają do pracy, a jedynie po stronie agencji rekrutacyjnych i pośrednictwa pracy, które wyjeżdżają do Polski, Rumunii czy Czech by tam zrekrutować nowych pracowników. – Rząd powinien się temu przyjrzeć i nałożyć jakieś standardy – powiedział John Denham MP z Labour.

Emigrancja jest i będzie

Jak zauważył jeden z rozmówców debaty, imigranci byli i zawsze będą i nie ważne czy jest to Wielka Brytania, Holandia czy Hiszpania, każdy z nas ma prawo do swobodnego poruszania się po Unii Europejskiej i nie tylko. – Ludzie emigrują nie tylko dla celów zarobkowych, ale także by nauczyć się języków, poznać nowych ludzi czy też by spróbować czegoś innego – dodaje Karim Aghbar, który na Wyspy przyjechał 11 lat temu z Pakistanu. Media wciąż podkreślają, że większość imigrantów pochodzi z krajów członkowskich Unii Europejskiej, jednak George Hollingbury z Conservative Party podkreślił, że tak naprawdę imigranci z Unii stanowią zaledwie 30%, 55% obcokrajowców pochodzi spoza Unii, a pozostałe 15% to powracający Brytyjczycy, którzy wyjechali do Hiszpanii, Australii czy chociażby Chin.


Autor: Ewa Erdmann oraz Mariusz Kaszpan

0 comments:

Prześlij komentarz